Archiwum

Niesamowite w fotografiach Crewdsona (22 października 2012)

Znalazłam w wśród archiwalnych wpisów tekst dotyczący zdjęć Gregory’ego Crewdsona, których klimat kojarzy mi się niepokojąco z obecną sytuacją: odosobnienia, izolacji, pustki .

Fotografie amerykańskiego twórcy ukazują wnętrza amerykańskich domów oraz ulice małych miast oraz przedmieść Nowej Anglii.

Zdjęcia określane są jako surrealistyczne, można je też odnieść do tajemniczych obrazów Edwarda Hoppera oraz do filmów braci Coen. Szczególnie bliski klimatowi tych fotografii wydaje się Burton Fink (1991), którego sceny rozgrywały się między innymi we wnętrzach taniego hotelu, gdzie pojawiały się rzeczy niemożliwe i powodujące dreszcz niepokoju (na przykład pocące się z gorąca ściany, które w końcu zaczynały się palić).

Takie niepokojące elementy, niemożliwe, wzięte z innej rzeczywistości, pojawiają się też u Crewdsona, np. hodowane we wnętrzu kwiaty, woda zalewająca salon łazienkę w kolejnych fotografiach odnoszących się do postaci Ofelii i Narcyza w serii Beneath the Roses (2003 – 2008).

O seriach fotograficznych Crewdsona pisze Filip Lipiński, że „zachowują wspólny mianownik: są nasycone aurą niesamowitości, pęknięć i rozsunięć, które skutecznie naruszają spójną powłokę zewnętrznego wyglądu na rzecz tego, co stłumione, wyłaniającej się mentalnej i optycznej nieświadomości”. Dlatego też można te prace interpretować jako rodzaj wizualnej psychoanalizy.

Często pojawiają się w tych scenach lustra lub lustrzane odbicia. Ukazane we wnętrzach osoby ulegają zwielokrotnieniu, jakby osaczone przez własne wizerunki. Nie wiadomo, czy postacie te zgłębiają tajniki swej tożsamości, czy może konfrontują się z własnymi mrocznymi sekretami, a może próbują uciec przed samotnością, niewątpliwie jednak sceny te są reminiscencją scen z amerykańskich filmów (jak wiele jest ujęć ukazujących kobiety przeglądające się w lustrze). I nie przypadkiem jedną z mistrzyń Crewdsona jest Cindy Sherman.

Interesujący jest sposób pracy tego artysty. Lipiński wskazuje, że scenografie wnętrz powstają w zasadzie „od zera” w hali zdjęciowej, gdzie artysta konstruuje „potężny plan zdjęciowy, często niczym nieróżniący się od planu filmowego. Jest to moment, gdy ów rzekomy znaleziony widok, często wybrany dlatego, że niejasno jeszcze przypomniał coś innego, jakiś inny obraz, ulega pre-fotograficznej transformacji i inscenizacji za pomocą dużej liczby sztucznych źródeł światła, zaaranżowanym warunkom pogodowym, szczegółowej dyspozycji postaci i najmniejszych nawet artefaktów”. To światło oraz późniejsza praca fotografa powoduje, że wszystko na zdjęciu wydaje się być równo wyostrzone.

I te właśnie efekty sprawiają, że te zdjęcia wydają się tak niesamowite. W ten sposób Crewdson, jak sam powiada, „dokonuje teatralizacji codzienności, która nie tyle przesłania, co ujawnia to, co skryte lub niedostrzegane”.

Mimo, że to, co przedstawione jest wyjątkowo ostre, i tak można mieć wrażenie, że coś ukryte jest w mroku (a niekiedy paradoksalnie w dziwnym świetle), że protagoniści tych scen znajdują się w zasadzce, że właśnie stało się coś złego lub za chwilę nadejdzie niebezpieczeństwo, że nie ma już możliwości ratunku ani ucieczki. Jak w dobrym thrillerze, to, co najstraszniejsze jest niewidoczne, zaledwie sugerowane, wyłania się jedynie z wyobraźni i dlatego – tak bardzo niepokoi.

Cytaty z tekstu: Filip Lipiński, Gregory Crewdson: fotograficzny „archeolog porannej pory, „Fotografia”, nr 37, 2011.

Podwodny świat Jasona de Cairesa Taylora (7 marca 2011)

W sytuacji zamknięcia najbardziej brakuje mi przestrzeni, zieleni lasu, wody, pięknych widoków, gór.

Trudno wybrać ze starych wpisów te, które wydają się najciekawsze. Dzisiaj decyduję się na wpis, który odsyła do przestrzeni i piękna natury, a zarazem wskazuje na potrzebę ochrony planety. Chodzi o działania Jasona de Cairesa Taylora, przy czym zaznaczyć trzeba, że jego prace, ze względu na swe położenie, są w ogóle trudno dostępne.

Jedna ze studentek pokazała mi reprodukcje niezwykłych prac Jasona de Cairesa Taylora (ur. 1974).  Artysta ten wychowywał się częściowo w Europie, częściowo w Azji, dużo czasu spędzając na nurkowaniu i podziwianiu raf koralowych u Wybrzeży Malezji. Jest instruktorem nurkowania. Woda jest jego żywiołem i stała się także naturalnym otoczeniem jego rzeźb.

Vicissitudes, 26 life-size figures. Depth 5m. Grenada, West Indies.

W 1988 roku Taylor ukończył Instytut Sztuki w Londynie, później kształcił się jeszcze w rzeźbie w tradycyjnym kamieniu. Zachwycony podwodnym światem, zauważa zarazem jego degradację, do której przyczynia się zresztą między innymi turystyczne nurkowanie. Chodzi o nurków, którzy podziwiając rafy koralowe, dotykają je i tym samym niszczą. I dlatego Jason de Caires Taylor postanowił tworzyć podwodną sztukę, aby odciągnąć turystów od raf koralowych. Jego rzeźby przeistaczają się w sztuczną rafę, porastają glonami, stają się siedliskiem dla żywych organizmów i w ten sposób wtapiają się w podwodny świat.

Vicissitudes, 26 life-size figures. Depth 5m. Grenada, West Indies.

Podwodne zespoły rzeźbiarskie tego artysty, tworzone od 2007 roku, znajdują się między innymi w wodach Morza Karaibskiego u Wybrzeży Meksyku, a także u wybrzeży Grenady. Jedna z największych realizacji powstała na terenie Narodowego Parku Morskiego Cancún, Isla Mujeres i Punta Nizuc, gdzie rocznie nurkuje ok. 750 tysięcy osób.

The Silent Evolution

Na głębokości dziewięciu metrów zatopionych zostało 400 rzeźb naturalnej wielkości. Jest to część projektu The Silent Evolution, który realizowany jest w ramach działalności MUSA Museo Subacuático de Arte w Cancún. Warte podkreślenia wydaje się tu kilka kwestii. To problem utrudnionej dostępności tych rzeźb, gdyż aby je zobaczyć należy wybrać się w to konkretne miejsce, a w dodatku trzeba zanurkować. 

Ta niedostępność nasuwa skojarzenie z pracami artystów sztuki ziemi i po części przynajmniej Taylor wydaje się kontynuatorem tego nurtu. Po drugie – jest to też zerwanie z instytucjonalnym obiegiem sztuki, co zresztą było założeniem artystów ziemi, chociaż w końcu i tak w galeriach wystawiano ich projekty, dokumentacje i fotografie. Oczywiście sztuka Taylora też nie istnieje jedynie w środowisku naturalnym, prezentowana jest przede wszystkim w internecie. Jednak fotografie i filmy, choć znakomite, mogą dać jedynie namiastkę wrażenia, które zapewne sprawiają te rzeźby w rzeczywistości.

Zwraca to więc tym samym uwagę na problem materialnego istnienia sztuki w konkretnym miejscu, na dnie morza. Ciekawy jest też proces, który odbywa się na powierzchni tych rzeźb, które stają się coraz bardziej zarośnięte, przeistaczają się w swoiste hybrydy i zaczynają żyć własnym życiem. 

Ponadto te prace naprowadzają też na świat fantazji, mogą nasuwać skojarzenia ze światem zatopionej Atlantydy, z historiami o zaginionych rozbitkach, z podróżami do wnętrza ziemi, do tego, co niedostępne lub funkcjonujące jedynie w świecie wyobraźni. I jeszcze jedna sprawa – są te rzeźby ciekawym przykładem sztuki ekologicznej, łącząc zainteresowanie twórczością z próbą ochrony ekosystemu. Można więc je określić również rzeźbą społeczną w rozumienia Josepha Beuysa, który był bodaj pierwszym artystą sztuki ekologicznej i, który uważał, że poprzez sztukę można kształtować rzeczywistość i własne otoczenie. 

Wirusy i Survival (22 sierpnia 2006)

Możecie wierzyć lub nie, to jest pierwszy wpis znaleziony na chybił trafił podczas przeszukiwania archiwum nieistniejących już w internecie stron (jednak tu nic nie ginie a te wirusy mam do dzisiaj).

Proszę Państwa, oto wirus nabytego niedoboru odporności HIV:

A to wirus ptasiej grypy [edit 2020: lub raczej jakiś inny]

Atrakcyjne prawda? Wyglądają jak poduszki na igły, bądź dziecięce maskotki.

To prace dziewczyn z grupy Bakcyl Bakcyl: Michaliny Kosteckiej i Marii Kiniorskiej. Te młode artystki postanowiły ukazać absurdalność medialnych panik dotyczących chorób. Choroby i epidemie stają się pożywką mediów, są odrealnione i mogą zostać łatwo przyswojone czy też skonsumowane. Bo w kulturze konsumpcyjnej wszystko jest na sprzedaż! Nawet choroba i powstająca wokół niej panika.

Wirusy zakupiłam w kramiku grupy Bakcyl podczas „Survivalu – Przeglądu młodej sztuki w ekstremalnych warunkach”, który odbył się jakiś czas temu na Dworcu PKP we Wrocławiu.

O Festiwalu zaradnych dziewczyn i sfrustrowanych chłopców pisałyśmy z Edytą Zierkiewicz w Obiegu.

UFO nad Toruniem (7 listopada 2008)

Karolina Freino, o której niedawno pisałam stworzyła nową akcję w przestrzeni publicznej. Tym razem dość lekką i zabawną, mającą miejsce w Toruniu.

Oto nad miastem pojawiło się UFO!

Podaję opis za galerią Wozownia  :

Autorka pracy wykorzystała wirtualną przestrzeń internetu jako obszar wspólny, dostępny we współczesności powszechnie, choć nie będący fizycznym miejscem.
Jednak rzeczywiste miejsce – miasto Toruń, a raczej ruchomy obraz jego panoramy, nieustannie rejestrowany za pośrednictwem kamery internetowej i transmitowany na oficjalnej stronie internetowej miasta również stało się przedmiotem pracy oraz w dalszej kolejności, przestrzenią jej ekspozycji.

W zasięgu kadru kamery, na tle panoramy Starówki przez dwa dni (05 – 06.11.), w rożnych porach pojawiał się zdalnie sterowany model statku kosmicznego. Akcja nie została poprzedzona żadną medialną reklamą, aby pojawienie się obiektu było dla oglądających zaskoczeniem.
Drugim etapem projektu, tym razem w rzeczywistej przestrzeni, jest trzydniowa (07- 09.11.) prezentacja dokumentacji wideo interwencji (archiwizowanych nagrań z kamery), wplecionej w bloki spotów reklamowych wyświetlanych na telebimach ulicznych (zlokalizowanych przy skrzyżowaniu ulic Grudziądzkiej i Kościuszki, oraz przy centrach handlowych : AMC i Copernicus). Tym samym miasto staje się jednocześnie przedmiotem pracy i miejscem jej ekspozycji, obrazem w obrazie.

Praca w sposób oczywisty dotyka również wizerunku Torunia – miasta o bogatej tradycji i równie bogatym przemyśle turystyczno-wizerunkowo-marketingowym, obecnie tę tradycję przetwarzającym: rozliczne legendy sprzedawane w postaci mniejszych (stragany) lub większych (pomniki) figur; ‚post-kopernikowskie’ planetarium i obserwatorium astronomiczne; pierniki w coraz wymyślniejszych opakowaniach.
Czy podarowanie miastu jeszcze jednego ‚ciastka’ będzie zauważone? Czy w natłoku gadżetów jego widzialność rozpłynie się?
Mimo aspektu krytycznego, całość projektu ma posiadać charakter typowo kiermaszowy. Zabawkarsko-tandeciarski. Całkiem przyjemny.

Rzeczywiście zabawny projekt, wtrącający w przestrzeń publiczną coś nieoczywistego, zabawnego, absurdalnego. Zresztą, gdzie w Polsce miałoby się pojawić UFO, jeśli nie w Toruniu? 😉

Poza tym jeszcze jedna ciekawostka: na trasie z Poznania do Torunia znajduje się miejscowość Wylatowo, w której co jakiś czas pojawiają się tajemne kręgi w zbożu, a miasteczko szczyci się tym, że od najdawniejszych czasów ląduje tam UFO.

Antonietta Gonsalus na obrazie Lavinii Fontany (6 listopada 2008)

Feministyczne badaczki sztuki pisząc o dawnych artystkach wskazywały na to, że te artystki traktowano często jako wybryki natury, osobliwości, wyjątki, a nawet dziwadła. Bo zaprzeczały naturze (naturze kobiety, oczywiście).

W tym kontekście fascynuje mnie portret Antonietty Gonsalus wykonany przez bolońską artystkę Lavinię Fontanę (1552 – 1614).

Widziałam go bodaj w Dreźnie wśród innych portretów tej malarki. Zdecydowanie najbardziej przyciągał uwagę. Kiedyś owłosione osoby były traktowane jako pół-ludzie – pół zwierzęta. Antonietta pochodziła z rodziny dotkniętej hirustycyzmem (nadmiernym owłosieniem występującym na całym ciele, a także na twarzy). Cierpiał na to zarówno jej ojciec, jak i bracia i siostry dziewczynki.

Fascynuje w obrazie Fontany to, że artystka wydobyła przede wszystkim człowieczeństwo dziewczynki. Nie skupiała się na aspekcie jej dziwności. Ukazała ją w bogato zdobionej sukni, z inteligentnym spojrzeniem skierowanym wprost na widza i delikatnym uśmiechem (może wymuszonym, a może ironicznym?).

Jej atrybutem jest natomiast trzymany w rękach list (być może dowód inteligencji Antonietty, a może to nie list, tylko jej utwór, wiersz?). Ten obraz pozostawia wiele pytań, dlaczego z całej rodziny Gonsalusów, przedstawiona została akurat Antonietta? Czy o jej wyjątkowości decydowało owłosienie na twarzy, czy raczej jej inteligencja? Co jest napisane na tej kartce, trzymanej z dumą przez Antoniettę? I na ile Fontana (artystka-wybryk natury) mogła utożsamiać się z tą niezwykłą, owłosioną dziewczynką?

Uwodzący kicz (3 listopada 2008)

Buszując dzisiaj po internecie, natknęłam się na reklamę Salonu Fryzjerskiego z Montrealu.

Więcej reklam z tego cyklu: tutaj.

Nie mogę się oprzeć, aby nie zamieścić tej reklamy na moim blogu, bo mieści ona w sobie coś, co kiedyś Maurycy Gomulicki określał jako „The Best of the Rest” – coś z marginesu sfery wizualnej, ale najbardziej ‘cute’, największy kicz, któremu nie potrafimy się oprzeć, denerwującą słodkość, śliczność i niewinność, która jednocześnie uwodzi i prowokuje.

W dawnych czasach święta Panienka przedstawiana była jako współczesna kobieta, ale dzisiaj raczej taki obrazek wzbudza oburzenie.

Jednak mniejsza o oburzenie, to, co mnie fascynuje w przypadku tej reklamy, to połączenie tzw. świętego obrazka z estetyką mangi. Trzeba być zupełnie niewrażliwym, by się tej słodkości oprzeć. I to niesamowite gorejące serce w zestawieniu z modnie przyciętymi włosami (i to w kolorze różowym!).


Follow My Blog