Tatiana Czekalska, Leszek Golec i przebywający w galerii goście

Na początku marca, gdy zbliżała się do Polski epidemia wpadłam w paranoję. Miałam wrażenie, że wszystko, co się planuje w najbliższym czasie (na przykład pójście do kina, restauracji, galerii), trzeba zrobić jak najszybciej, bo za tydzień-dwa będzie już za późno. Dlatego 7 marca wybraliśmy się do Galerii Arsenał, żeby zobaczyć wystawę Tatiany Czekalskiej i Leszka Golca pt. Catering dla najdłużej przebywajacych w galerii gości. Już w następnym tygodniu galeria została zamknięta, tak jak inne instytucje miejskie, szkoły i uczelnie. Tym samym moja paranoja okazała się po prostu przeczuciem. Była to ostatnia chwila na zobaczenie tej ekspozycji.

O wystawie pisze jej kuratorka Bogna Błażewicz:

Fundamentem prac Czekalskiej i Golca jest szacunek dla życia i wynikające z niego rozszerzone postrzeganie świata. Rozszerzone o większą empatię, swego rodzaju ponadreligijną duchowość i poczucie ponadgatunkowej wspólnoty istot żywych i czujących. Artyści często odwołują się do tradycji chrześcijańskiej, choćby poprzez nawiązania do Biblii lub używanie w swoich pracach kościelnych artefaktów, jednak ich życie duchowe wykracza poza ramy teologicznych dogmatów. Stają bardziej po stronie realnego współczucia niż rytuałów, a w surowym, minimalistycznym pięknie zdają się dostrzegać wymiar metafizyczny. 

Catering, XVII w. / 2019

Kuratorka podkreśla również, że tworzący wspólnie od 1996 roku artyści od początku zainteresowani są ekologią i w tym sensie ich twórczość można uznać za pionierską wobec współczesnego posthumanizmu, zaś podczas oprowadzania kuratorskiego dostępnego na Facebooku, określa tę wystawę wegańską.

Wszystkie zgromadzone tu przedmioty pochodzą z recyklingu, kupione zostały przez artystów na pchlich targach czy w antykwariatach. To przedmioty liturgiczne, fragmenty wyposażenia kościołów, ikony, księgi sakralne, które zyskują dzięki działaniom Czekalskiej i Golca nowe życie. Warto więc podkreślić, że twórcy nie dokładają się do zanieczyszczenie środowiska, a z tych niezwykłych przedmiotów tworzą zaskakujące kompozycje. Wzmacniają przekaz estetyczny grą światła i cienia, które tworzą nową, duchową, czy może raczej widmową, jakość.

odbicie na ścianie pracy Avatar 0 – urządzenie do przenoszenia w bezpieczne miejsce istot, które otrzymały niekorzystne, tymczasowe życie owada
Avatar 0

Metoda twórcza artystów ma pewien związek z działaniami Duchampa (pamiętacie Rembrandta jako deskę do prasowania?) a przede wszystkim z wykorzystaniem tego, co zastane i wstawieniem w nowe zaskakujące konteksty. Przeciwnie niż u dadaisty, tu jednak chodzi też o estetyczne efekty (choć okazują się one złudzeniem lub produktem ubocznym…).

Pieta /Madonna + Christ, 1720-2020

Czekalska i Golec, tak jak Duchamp, są artystami-kuratorami, kuratorując zabiedzone i okaleczone przedmioty, prace stworzone już przez kogoś innego, współtworzone przez zwierzęta. I jak dadaistyczny twórca, zastawiają na widzów pułapki, stosują rebusy, stroją sobie żarty. W przedstawionej powyżej pracy trzeba nam chwili, żeby dostrzec Madonnę, gdyż Chrystus leży na jej plecach. Rzeźba staje się tym samym rodzajem recyklingowego rebusu. Podobnie dzieje się w przypadku czarnej sukienki powieszonej na ścianie, która okazuje się z bliska koloratką z pektorałem zjadaną przez mole.

Collar 16 i 1/2 /17 Homotineola, fot. A. Witkowska, ze strony Arsenału

Widzowie muszę się też nagimnastykować, aby dostrzec ikony obrócone twarzą do dołu. Nasze pojawienie się w galerii uruchamia czujniki ruchu obecne w dwóch pracach. Można poczuć się więc odrobinę nieswojo, jakby było się śledzonym czy wręcz nieproszonym. Jakby to wszystko było przygotowane dla kogoś innego, sama czułam się na wystawie trochę jak intruz.

Półka/Matka Boża Szybko Spełniająca Prośby, 1860/2019

Bo catering przygotowany dla najdłużej przebywających w galerii gości przeznaczony jest w gruncie rzeczy nie dla nas, ale dla nieludzkich innych, tych najmniejszych i często niewidocznych: moli, muszek owocówek, kołatków czy innych owadów, które dzięki umieszczonym w galerii awatarom mogą zostać przeniesione w bezpieczne miejsce. Najprostszym awatarem jest szklanka i kartka, zaś podpis informuje, że dzięki niemu przeniesieni zostaną najdłużej przebywajacy w galerii goście.

Z kolei, jeśli w galerii znajdzie się jakiś pies lub kot – czeka na nich wegańska karma.

SECRET DIRECTION Sadżadża / Musalla (bawełniany dywanik modlitewny pokryty w całości wegetariańską sierścią kota perskiego oraz JARMUŁKA (z pełnowartościową wegańską karmą dla kota), fot. A. Witkowska, ze strony Galerii Arsenał

Zaprezentowane na wystawie rzeczy noszą ślady użytkowania, część z nich uległo zniszczeniu czy swoistemu okaleczeniu. Tym samym nie tylko odkrywają przed nami swoje historie, ale też zostają reanimowane i otrzymują nowe życie.

Ich biografie splecione są z historiami ludzkich oraz nieludzkich innych. Część tych drogocennych przedmiotów została kiedyś wykonywana z produktów odzwierzęcych, jak na przykład księgi oprawione skórą cieląt. Za paradoks może uchodzić Żywot Św. Franciszka oprawiony w skórę z pachwiny sześciomiesięcznego cielaka. Rzucona na ziemię torebka wykonana została ze skory węża, zaś wystawiony fragment Biblii to rękopis na skórze antylopy. Są też przedmioty zdobione kością słoniową, z kolei narzutka duchownych ozdobiona jest futrem gronostaja.

Mozzetta, fot. A. Witkowska, ze strony Galerii Arsenał

Oglądając sakralne przedmioty w tradycyjnym muzeum raczej nie zastanawialibyśmy się nad cierpieniem zwierząt, które doprowadziło do ich powstania. Tutaj zwraca się na to uwagę, zaś same te przedmioty – w rytm naturalnego obiegu stają się miejscem karmy dla innych. Na przykład drewno czy papier – dla kołatków a futro – dla moli. Ukazują one tym samym splot życia i śmierci.

Ujawniają też, że rzecz, stary obraz, księga czy strój – nie są tylko i wyłącznie martwymi przedmiotami. Bo tętni na nich lub w nich życie, niekiedy niedostrzegalne gołym okiem. Jak w przypadku kurzu, który powstaje między innymi ze złuszczonego naskórka ludzi i zwierząt a zasiedlany jest przez niewidoczne roztocza. Oczywiście nie lubimy tych wszystkich małych insektów, moli, kołatków i innych stworzeń uważanych przez nas za szkodniki. Nie są mile widziane u nas w domach i zwykle je zwalczamy.

Wydaje się to więc dziwnym pomysłem, aby zaprosić je na ucztę do galerii. W przypadku tej wystawy są one nawet współtwórcami części prac, jak ma to miejsce w Księgozbiorze, którego współwykonawcą jest kołatek drukarz.

Na drugim planie: Księgozbiór, fot. A. Witkowska, ze strony Galerii Arsenał

Żart artystów polega więc w tym przypadku na oddaniu tego, co drogocenne we władanie świata owadów, które zwykle mają na te rzeczy chrapkę. Porzucone i zapomniane przez nas rzeczy są przez nie przejmowane i użytkowane. Potrafią je zagospodarować na swój sposób, przerobić książki, drewno, ubrania na własny użytek. Pokazują tym samym niesamowitą siłę przetrwania, siłę natury, przeciwko której ludzie kierują tak często swoje działania.

Tę siłę natury rozumiem tu w kontekście rozważań Rosi Braidotti dotyczących etyki trwałości i Zoe. Jest to życie każdej formy, ciągłe przeobrażanie się organicznej materii, w której życie i śmierć splatają się ze sobą, a która sama w sobie jest nieśmiertelna. My też jesteśmy jej częścią.

„Rozumienie siebie jako części natury oznacza dla podmiotu postrzeganie siebie jako wiecznego, to znaczy zarazem podatnego na zranienie i ulotnego. Zakłada to jednak również uwzględnienie wymiaru czasowego: to, czym jesteśmy, zależy od rzeczy, które istniały przed nami i od tych, które będą istnieć, gdy nas nie będzie” (R. Braidotti, Etyka stawania się niewykrywalnym, tłum. J. Bednarek, [w:] A. Gajewska (red.), Teorie wywrotowe. Antologia przekładów, Poznań 2012, s. 310).

W kontekście etyki trwałości Braidotti, wydaje się zupełnie niezwykłym zbiegiem okoliczności, że Catering dla najdłużej przebywających w galerii gości został przedłużony, w dodatku niewiadomo na jak długo, a sami goście, którzy mieli tam przebywać około miesiąca, zostali na dłużej. Przejęli galerię w posiadanie, gdy zniknęli z niej widzowie. Te wszystkie mole i kołatki, maleńkie roztocza wiodą tam teraz niezakłócony niczym żywot…

Nie dla Piekła Kobiet!

Amerykański magazyn Vice.com umieścił Polską na liście trzydziestu reżimów wykorzystujących epidemię do poszerzania zakresu swojej władzy. Znalazły się na niej między innymi takie kraje jak Białoruś, Indie, Izrael, Jemen, Liban, Korea Północna, Turkmenistan (gdzie zakazano w ogóle mówienia o koronawirusie), Wenezuela oraz Węgry.

W przypadku Polski chodzi o forsowanie majowych wyborów prezydenckich.

Można do tego dołożyć jeszcze jeden powód, jakim jest ponowna próba zaostrzenia prawa antyaborcyjnego (określanego projektem Kai Godek). Pierwsze czytanie projektu ustawy ma odbyć się w Sejmie już 14 kwietnia, a więc jutro.

Anja Rubik napisała na swoim Instagramie:

„Niestety po raz kolejny musimy walczyć o nasze zdrowie, bezpieczeństwo i godność. Nie wiem czy wiecie, ale Pani Godek chce, abym umarła podczas porodu i zostawiała osierocone dziecko. Pani Godek chce, abyś ty zgwałcona, nie miała wyboru i była zmuszona urodzić dziecko gwałciciela. Pani Godek chce, abyśmy przez 9 miesięcy nosiły w sobie dziecko wiedząc, że ono umrze tuż po porodzie lub będzie nieodwracalnie upośledzone”.

W kilku miastach w Polsce odbyły się dzisiaj akcje protestacyjne, najbardziej spektakularna, samochodowo-rowerowa – na Rondzie Dmowskiego w Warszawie.

Ludzi obkleili samochody i rowery plakatami dotyczącymi piekła kobiet, mieli też flagi i parasolki. Krążyli w kółko po rondzie, blokując ruch i w ten sposób wyrażając swój sprzeciw wobec tego koszmarnego projektu.

Odbyły się też protesty kolejkowe. Osoby z parasolkami i plakatami ustawiały się przed dużymi sklepami w stosownych odległościach, dzięki temu nikt nie mógł im nic zrobić. Część osób wywiesza też plakaty Czarnego Protestu w swoich oknach.

Pierwsze Czarne Protesty odbyły się w Polsce w kwietniu 2016 roku, we wrześniu zawiązał się Ogólnopolski Strajk Kobiet a protest określany jako Czarny Poniedziałek miał miejsce 3 października w różnych miastach Polski. Akcje odbywały się także rok później – w Czarny Wtorek – dla poparcia projektu ustawy „Ratujmy Kobiety”.

Na przełomie września i października 2017 w poznańskim Arsenale miała miejsce wystawa, której byłam kuratorką, zatytułowana Polki, patriotki, rebeliantki.

Przesłanie prezentowanych na niej prac staje się znowu boleśnie aktualne, warto więc przypomnieć tę wystawę, która miała być artystycznym komentarzem do otaczającej nas rzeczywistości i sytuacji współczesnych Polek.

Podczas protestów aktywizm przenikał się z działaniami twórczymi, a sztuka artystek zaangażowanych w ruch Czarnego Protestu stała się komentarzem, a także sposobem na wzmocnienie jego przekazu. Symbolem sprzeciwu stały się wieszaki, a także czarne parasolki. Te ostatnie prezentowała otwierająca wystawę praca Ewy Partum powstała w hołdzie dla protestujących.

Ewa Partum, Feministyczne cytaty, 2017

W czasie demonstracji kobiety stawały się groźne, niczym wojownicy ozdabiały swoje twarze czarnymi paskami; krzyczały o swojej sile; odwoływały się do czarownic, wskazując na zagrożenia związane ze współczesnymi, symbolicznymi stosami. Tę siłę ukazywały zdjęcia poznańskich fotografów: Mateusza Budzisza, Barbary Sinicy i Radosława Sto.

Barbara Sinica, Czarny Protest, Poznań 2016

Symboliczne są też zdjęcia ukazujące „morze ludzi” zasłoniętych parasolami.

Mateusz Budzisz, Ogólnopolski Strajk Kobiet, Poznań, 3.10.2016

Ten obraz można odczytać jako symbol odrzucenia własnej indywidualności i zjednoczenia się we wspólnej sprawie – symbol kolektywnej rebelii przeciw niesprawiedliwym decyzjom jednostkowej władzy.

Na ekspozycji starałam się zaakcentować znaczenie kolektywnych działań, wybierając grupy artystyczno-aktywistyczne (Chór Czarownic, Kolektyw Złote Rączki oraz grupę Kolaborantki), a także – za namową Zofii Nierodzińskiej – zwrócić uwagę na działania aktywistyczne.

Chór Czarownic

Wspólnotowość oraz feminizm siły wyłania się z pieśni Chóru Czarownic (słowa Maliny Prześlugi). Stają się one oskarżeniem skierowanym w stronę patriarchalnej władzy, zarówno dawnej, która niepokorne kobiety piętnowała, a także zabijała jako czarownice, jak i współczesnej, nie tylko próbującej odebrać kobietom prawo do ich ciał, ale także wciąż je dyscyplinującej.

Zarówno w symbolice protestów, jak i w sztuce akcentowana jest kobieca płciowość, pojawiają się wizerunki macic, wagin, odwołania do opisanego przez Herodota oraz Plutarcha rytuału Ana Suromai, a więc obnażania przez kobiety swych genitaliów w celu odstraszenia wroga (w prezentowanej na wystawie pracy Iwony Demko 408 223 podniesień spódnic, czyli Mój sen o Czarnym proteście, 2017), symbolicznymi zaś figurami stają się wiedźmy i czarownice.

Iwony Demko 408 223 podniesień spódnic, czyli Mój sen o Czarnym proteście, 2017

Na wystawie prezentowana była między innymi projekcja wideo duetu Kolaborantki ‒ Szeptuchy: Proxy (2014–), gdzie artystki pojawiają się w różnych przestrzeniach, zawłaszczając je dla siebie. Mogą się kojarzyć z czarownicami, które demonstrując swoją wolność i brak skrępowania.

Kolaborantki, Szeptuchy: proxy Berlin, Licheń, Tel Aviv... 2017, po prawej: praca Agaty Zbylut, Kawiorowa patriotka, 2015

Wiece zgromadziły ateistów i katoliczki, anarchistów i członkinie partii politycznych, ludzi majętnych oraz ubogich, rodziców dzieci niepełnosprawnych, samotne matki, ludzi kultury, studentki i mnóstwo innych, bardzo różnych osób. Towarzyszyły im gniew i wściekłość, a masowość demonstracji w całej Polsce pokazała rządzącym, że wystarczy iskra, aby przeciw nim stanęły masy.

Marta Frej, Czarny Protest, 2017

Na tę różnorodność wskazywał cykl prac Marty Frej Czarny Protest (2017). Ta znana autorka memów poprosiła różne kobiety na Facebooku, aby przysłały jej swoje zdjęcie i krótkie wypowiedzi, dlaczego brały udział w Czarnym Proteście. Wypowiedzi są bardzo różne. Z jednej strony zwracają uwagę na strach, lęk przed tym, co może się stać (np. „To moje życie, nie opowieść podręcznej”). Ale pojawiają się też wypowiedzi bardziej wojownicze: „Wkurwiłam się i go zorganizowałam” (marsz), „Byłam naładowana”. Inne wypowiedzi, takie jak na przykład „Szanuję ludzi”, „My kobiety musimy się wspierać”, „W imię córek” wskazują właśnie na potrzebę wspólnotowości i siostrzeństwa. Praca Frej podkreśla, że nie chodzi tylko o własną indywidualność, ale raczej o współdziałanie czy zawiązywanie strategicznych sojuszy ponad podziałami.

Marta Frej, z cyklu: Czarny Protest, 2017

Inne prace odnosiły się w sposób ironiczny do polskiego tradycyjnego patriotyzmu (Agata Zbylut, Liliana Piskorska, Karolina Mełnicka, Ewa Świdzińska, Zofia Kuligowska).

Wskazywały, że antykobiecy dyskurs często podbudowywany jest argumentami natury religijnej (Jadwiga Sawicka) i może prowadzić do terroru (z pozoru niewinny Terror Moniki Drożyńskiej, 2016 oraz Polska Burka Karoliny Mełnickiej).

Karolina Mełnicka, Polska burka, 2013

Inne mówiły o niechęci do obcych (Ściana Dawida Marszewskiego) oraz o potrzebie międzygatunkowej wspólnoty (Irena Kalicka). Wystawa miała wskazywać zarówno na znaczenie wolności oraz praw kobiet, na postawy obywatelskie, jak i na krytyczny patriotyzm, który należy rozumieć jako troskę o innych.

Dawid Marszewski, Ściana, (instalacja wideo) 2016/17, Iwona Demko, Polka walcząca, 2016, Irena Kalicka, Autoportret, 2009-2010
Irena Kalicka, z cyklu: Autoportret, 2009-2010

Prezentowaną sztukę można określić jako wyraz agorafilii, według określenia Piotra Piotrowskiego. Tym pojęciem historyk sztuki określał popęd wejścia w przestrzeń publiczną, wolę uczestnictwa w niej, kształtowania życia publicznego, podejmowania działań krytycznych i projektowych na rzecz lepszego społeczeństwa.

Monika Drożyńska, Terror, haft ręczny na tkaninie bawełnianej, 2016

Dzisiaj znowu grozi nam terror, zaś wejście w przestrzeń publiczną jest utrudnione.

Jednak w końcu wyjdziemy i zrobimy to, co zapowiadały transparenty podczas Czarnych Protestów:

Wy odbieracie nam wolność, my odbierzemy wam władzę.

Otwarcie wystawy – akcja Kamila Wnuka
Agata Zbylut, Face Off, 2015/17 (fotografia/mural), Kawiorowa Patriotka, 2015, fot. Diana Lelonek
fragment wystawy z aktywistycznymi ulotkami, fot. Diana Lelonek
Liliana Piskorska, Autoportret z pożyczonym mężczyzną, aka Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie, z cyklu: Sposoby kamuflażu we współczesnej Polsce, 2016
Ewa Świdzińska, Powstanie, 2005, Koronczarka, 2009
Wernisaż wystawy: Jadwiga Sawicka, Raz na jakiś czas, 2008-2017
Barbara Sinica, Czarny Protest, Poznań 2016

Taniec w kwarantannie

Na ciekawy pomysł wpadła Paulina Wycichowska, namawiając swoich znajomych, choreografów i tancerzy do stworzenia wspólnego Kwarantańca (Quarandance), który z jednej strony ma promować akcję #zostanwdomu, a z drugiej dodawać otuchy i łączyć.

Wzięło w nim udział ponad 157 osób. Tancerze i tancerki zdecydowali się ujawnić przy okazji swoją prywatność, pokazać fragmenty mieszkań, pościelone lub niepościelone łóżka, współtowarzyszące części z nich dzieci i zwierzęta. Ciasnota mieszkań, niecodzienne warunki, a zwłaszcza przedziwne atrybuty do tańca w postaci własnego łóżka czy kanapy wywołują rozbawienie. Nieliczni mają szczęście, że mogą zatańczyć w otwartej przestzreni, choćby własnych ogródków czy tarasów. Niektórzy w swych choreografiach podkreślają absurd tej sytuacji.

Muzykę do projektu stworzył Michał Strugarek. Warto też zwrócić uwagę na świetny montaż Agnieszki Jankowiak i Amelii Zabel.

Projekt pokazuje, że można stworzyć coś wspólnie, razem zatańczyć, choć pozostaje się w odosobnieniu. Uzmysławia też, jak bardzo w tych trudnych czasach potrzebujemy kultury w jej najróżniejszych odmianach. Zwłaszcza takiej, która oferuje nam dawkę pozytywnej energii.

W takim przypadku sztuka może działać jako rodzaj terapii.

Co po artystach w czasach marnych?

Wenecja, Banksy i performance Izy Chamczyk

Oto widok mojej lodówki:

Wiem, że może być ciężki do zniesienia dla oczu porządnych historyków sztuki, estetów wielbiących minimalizm, projektantów czy wysublimowanych kuratorów.

To moje miejsce, będące swoistym ołtarzykiem kiczu, peanem na cześć horror vacui, ale też prywatnym muzeum pamięci związanym z podróżami odbytymi przeze mnie i moich najbliższych. Dzisiaj przypomina mi o swobodzie poruszania się po świecie, jaką jeszcze nie tak dawno się cieszyliśmy.

Przez ostatnie tygodnie wszystko się zmieniło, skończyło się – można mieć nadzieję, że tylko na pewien czas – życie, jakie do tej pory prowadziliśmy, pełne spotkań towarzyskich, rozrywek, podróży, a przede wszystkim bezpieczne.

Przed epidemią wydawało się, że nic nam nie zagraża, o ile nas stać, możemy przemieszczać się, gdzie chcemy i z kim chcemy spotykać. W naszym europejskim kręgu kulturowym mieliśmy do czynienia ze światem gościnnym, otwartym i przyjaznym. Choć przecież nie dla wszystkich!

Dopiero teraz możemy uzmysłowić sobie, jak bardzo byliśmy i zresztą nadal jeszcze jesteśmy uprzywilejowani. Sytuacja ta uświadamia też, że nic nie jest dane raz na zawsze.

W lodówkowej galerii z magnesami, obok magnesów z Wenecji, Udine, Budapesztu, Pragi i Helsinek, znajdują się też dwa, których bliskość wydaje się nieprzypadkowa (choć wiszą tak już od zeszłego roku).

To magnes z MS2 w Łodzi z pracą Jadwigi Sawickiej głoszącą: ZWYCIĘSTWO CHAOSU (2011). Pod nim zaś plakat ubiegłorocznego Biennale w Wenecji z intrygującym hasłem, które dzisiaj stało się już przekleństwem: Obyś żył/żyła w ciekawych czasach!

Byłam w Wenecji na początku września z trzema świetnymi i inteligentnymi dziewczynami. Mieszkałyśmy w małym tanim hoteliku niedaleko Placu Świętego Marka, spędzałyśmy wesołe wieczory na mieście i czułyśmy się trochę jak w „Seksie w wielkim mieście”. To był cudownie spędzony czas, pełen ciekawych rozmów i odkryć.

Na Biennale zgromadzono wiele interesujących prac ostrzegających przed skutkami katastrofy ekologicznej, pokazujących połączenie ze sobą tak różnych kwestii jak: ocieplenie klimatu, kwestie emigrantów, wyzysk, nierówności ekonomiczne.

W pracach prezentowanych na Biennale czuło się jakąś schyłkowość, nostalgię, przeczucie, że coś się kończy, zaś sztuka nie może być już nadal tym samym, czym była do tej pory.

Złotym Lwem nagrodzono Pawilon Litewski za pracę Sun & Sea (Marina) Liny Lapelyte, Vaivy Grainyte i Rugile Narzdziukaite.

Lina Lapelyte, Vaiva Grainyte i Rugile Narzdziukaite, Sun & Sea (Marina), Pawilon Litewski, Biennale w Wenecji, 2019

Była to opera ukazującą problemy ludzi z „pierwszego świata” w obliczu nadchodzącej katastrofy klimatycznej. Zmuszeni to wspólnego plażowania ujawniali oni własny świat wartości, egoizm, nudę, zamknięcie się na innych.

Lina Lapelyte, Vaiva Grainyte i Rugile Narzdziukaite, Sun & Sea (Marina), Pawilon Litewski, Biennale w Wenecji, 2019

Czy jednak nie był to swoisty paradoks w kontekście ogromu tej masowej imprezy, jej elitarności oraz związanego z wydarzeniem wzmożonego turyzmu (i idącego wraz z nim węglowego śladu)?

Znakomicie opisała to Antonina Sobczak (studentka kuratorstwa na naszej Uczelni) w swoim zaliczeniowym eseju na temat sztuki wątpliwej etycznie (na zajęciach u Justyny Ryczek):

Mam tu na myśli przede wszystkim wielkobudżetową sztukę “proekologiczną”, która skupia się na ukazywaniu katastrofalnych skutków antropocenu – bo tym właśnie zajmowała się znakomita większość prezentowanych na wystawie prac. Nie mogę odmówić im mocy uświadamiania ani budzenia refleksji wśród dużej grupy odbiorców, bo to oczywiście miało miejsce, ale zastanawia mnie forma tego działania. Czy rzeczywiście sprowadzanie do Wenecji dziesiątek kilogramów nieprzetwarzalnego plastiku (jak to miało miejsce m.in. w przypadku Pawilonu Weneckiego) po to, żeby pokazać problem zanieczyszczenia środowiska i niedoboru wody jest tym, czym powinni zajmować się (przecież tak bardzo proekologiczni) artyści? Czy sam w sobie temat ostatniej edycji Biennale, a raczej jego najczęściej powielana interpretacja, nie jest sprzeczna ze sposobem działania i założeniami całego wydarzenia? 

(…) W moim rozumieniu artystyczne inicjatywy o charakterze ekologicznych manifestów powinny działać oddolnie, trafiając do jak najszerszej grupy odbiorców, z jak najliczniejszych światów. Dlatego też edukacyjny walor takich działań nie do końca mnie przekonuje. 

Przypomina mi to raczej poruszanie się po jakichś utartych schematach i budującą artystyczny wizerunek grę pozorów, niż działanie, które faktycznie może cokolwiek zmienić. A jeśli może zmienić, to tylko na gorsze. Wielką hipokryzją wydaje mi się fakt mówienia o plastiku, przemysłowej wycince drzew, czy tym bardziej – śladzie węglowym przez ludzi, którzy w ramach tworzenia tego wydarzenia przyczyniają się do pogłębienia każdego z tych problemów. Na weneckie biennale nikt nie przyjeżdża przecież rowerem, a utrzymanie pawilonów kosztuje więcej, niż niejedna masowa akcja faktycznie wspomagająca naszą planetę. Dlatego taka sztuka, pozornie ekologiczna, wydaje mi się wyrachowana i moralnie niewłaściwa. Zderzając się z tak ogromną falą oskarżeń i obrazów katastrofizmu, oczekiwałabym podania pomysłów na rozwiązanie wymienionych problemów, ale przede wszystkim stanowienia przykładu modelowego zachowania w temacie, który został poruszony… 

Nie oceniałam tego Biennale tak krytycznie, jak Tosia. Wręcz przeciwnie, niemal wszystko mi się podobało, a wiele prac wzruszała. Popłakałam się w Pawilonie Litewskim.

Jednak zgadzam się z opinią Antoniny! Jej tekst mnie poruszył i dziękuję jej za zgodę na publikację jego fragmentów. Napisałam jej, że my wykładowcy uczymy się również od studentów i studentek.

Poza tym jej opinia powiela się z moim przeczuciem, które w ostatnim czasie mnie dręczy, że sztuka musi dokonać własnej redefinicji. Że potrzebujemy czegoś innego, działań aktywistycznych, wspólnotowych, potrzebujemy też wyjścia z dotychczasowych konwencji.

Mówiłam o tym na wykładzie otwartym na UAP-ie zatytułowanym „Księżyc i inne ciała niebieskie, albo jaka piękna katastrofa”, do którego poprowadzenia zostałam zaproszona przez mojego przyjaciela – Stefana Ficnera. Starałam się zredefiniować samą konwencję wykładu, przerobić go na rodzaj wystawy-performansu, przez co zresztą miałam straszną tremę…

W samo Biennale niezwykle celnie uderzył też Banksy (jego/ich pracę Venice In Oil poznałam również dzięki naszej studentce – Klaudii Zabłockiej).

Banksy, Venice in Oil, 2019

Było to nielegalne stoisko z obrazami (a właściwie kram z pamiątkami). Płótna odnosiły się do weneckiego pejzażu autorstwa Canaletta jakby skladając się na jeden widok. Jednak ich kadry zostały przysłonięte w większości przez ogromny wycieczkowiec, jakich wiele pojawia się na wodach Wenecji, budząc grozę i prowadząc do niszczenia środowiska.

Dzisiaj zresztą obraz tego wycieczkowca czytałabym jeszcze inaczej, trochę w proroczym kontekście, jak tytuł Biennale kontestowanego przez Banksy/ego.

Nie wydaje się przypadkiem, że pierwsze zakażenia koronawirusem poza Chinami zaczęto identyfikować właśnie na pływających turystycznych olbrzymach takich jak „Diamond Princess”.

Mówi się też, że do Włoch (czy ogólnie do Europy) wirus przybył przez Wenecję podczas karnawału, podobnie jak dżuma w XIV wieku, choć sprawdzałam i nie jest to prawda (ani z COVIDEM-19, ani z dżumą, ale historycznymi szczegółami nie będę Was już zadręczać).

Taki tekst przeczytałam jednak w „Polityce”, którą kupiłam sobie do pociągu, gdy jechałam 6 marca do Warszawy na obronę doktoratu, którego byłam recenzentką:

„Jak wówczas wrotami była Wenecja, niegdyś najważniejszy europejski port, dziś jedna z największych atrakcji kontynentu, obowiązkowy punkt programu dla turystów z Azji, a szczególnie z Chin. Kiedyś zaraza płynęła na pokładach weneckich galer, dziś podróżuje wielkimi wycieczkowcami i szerokokadłubowymi odrzutowcami” (Adam Grzeszak, „Życie w czasach zarazy”, „Polityka”, nr 10, 4.03.-10.03.2020, s. 15.

Prawda, czy fałsz – liczy się opowieść. Zaś w tym kontekście praca Banksy/ego nabiera dodatkowych znaczeń. 

Dziwnie się czuję na wspomnienie hasła ubiegłorocznego Biennale: Obyś żył/żyła w ciekawych czasach!. Zaczęło ono brzmieć jak jakaś przeklęta przepowiednia…

chodnikowe graffiti w Wenecji

Najpierw w listopadzie Wenecję nawiedziła powódź, jakiej nie widziano tam od pięćdziesięciu lat. Przyspieszyła zresztą zamknięcie Biennale.

W grudniu z przerażeniem obserwowaliśmy pożary lasów w Australii. Zdjęcia ukazujące zgromadzonych na plażach ludzi (a także zwierząt, m.in. psów, koni) wydawały się niemal odbiciem sytuacji zaprojektowanej w Litewskim Pawilonie w pracy Sun & Sea (Marina).

Zdjęcie ze strony: 62 Images That Show The Horrors Of Fires In Australia

A potem świat nawiedziła pandemia.

Pokazuje to dość dziwne, wydawałoby się wręcz, że niemożliwe, przeplatanie się sztuki z rzeczywistością.

Ale, jeśli po epidemii nic już nie będzie takie, jak było, to wobec tego, jaka będzie sztuka?

Niedawno Iza Chamczyk zaprosiła mnie na swój performance online pt. Codzienność w koronie organizowany przez wrocławską Galerię Entropia w ramach projektu #entropiawdomu.

Jej praca pokazuje, że sztuka może pomóc, choć trochę, przepracować sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Artystka przedstawia w tym performance codzienne czynności, takie jak malowanie się, picie wody, jedzenie, palenie papierosa. Towarzyszą temu czytane przez nią w tle komunikaty dotyczące tego, co powinno się robić w czasie epidemii, a czego nie (często są one sprzeczne ze sobą). W tle słychać też tykanie zegara oraz dźwięk sygnalizujący w teleturniejach błędną odpowiedź. Artystka wykonuje swoje działania coraz szybciej a sytuacja staje się coraz bardziej nerwowa.

Iza Chamczyk, Codzienność w koronie, performance online, 2020

Zostaliśmy zmuszeni w bardzo krótkim czasie do siedzenia w domach, jesteśmy bombardowani setkami oficjalnych, nieoficjalnych, a także fake’owych informacji, porad, nakazów i zakazów mówiących nam, jak się zachować, co robić, a czego robić nie wolno.

Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję, że momentami dostaję szału, a performance Izy uświadamia, że wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji niepewności.

Choć i tak warto podkreślić, że jesteśmy wciąż uprzywilejowani i ciągle nasze problemy pozostają problemami „pierwszego świata”. Ujawnia to zresztą też performance Izy Chamczyk, która przecież wciąż pamięta o tym, żeby przed kamerą zrobić sobie makijaż.

Iza Chamczyk, Codzienność w koronie, performance online, 2020

Nie tylko bardzo szybki wzrost zakażeń na całym świecie, ale właśnie niepewność sytuacji oraz dynamika zmian wywołują we wszystkich niepokój.

Jeszcze niedawno było możliwe coś, co dzisiaj nie mieści się już w naszym pandemicznym imaginarium. Ponad miesiąc temu byłam na nartach; na początku marca – w galerii Arsenał oraz w restauracji. Jeszcze 10 marca widziałam się ze znajomymi w naszej ulubionej gruzińskiej knajpie. Mija miesiąc, od kiedy zamknięto szkoły i uczelnie. Jednak czas „przed” wydaje się bardzo odległy.

Dzisiaj artyści i artystki, którzy nie mają stałego zatrudnienia, są w bardzo trudnym położeniu. Jeśli nie mają dodatkowej pracy, a odwołano im wystawy, ich sytuacja finansowa może być niedługo szczególnie ciężka. Polska sekcja AICA zaapelowała do Ministra Kultury o wsparcie dla środowiska artystycznego. Warto zastanowić się też nad działaniami, które mogłyby im w jakiś sposób pomóc.

Część instytucji na wezwanie Obywatelskiego Forum Sztuki zamierza w kontekście planowanych wystaw wypłacać artystom i artystkom już teraz połowę honorarium za planowane wystawy. Dotyczy to między innymi Galerii Arsenał w Poznaniu. Brawo!

Cóż po artystach w czasach marnych?

Z pewnością artyści są potrzebni również, a może zwłaszcza, w trudnych czasach. Rozwijają wyobraźnię, wskazują na nietypowe rozwiązania, ostrzegają, dodają otuchy, proponują terapię poprzez działania twórcze. Sztuka może stanowić więc dla nas swego rodzaju remedium.

Z pewnością jednak sztuka po epidemii będzie już inna. Pozostaje pytanie – jaka?